czwartek, 1 czerwca 2017

When she needs to shelter from reality, she takes a dip in my daydreams...

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 - playlista maja 2017. Dziękuję, że mam tak wspaniałych znajomych i cudowną przyjaciółkę.

1. Nauczyłam się ufać L. Po prostu pewnego dnia jej o wszystkim powiedziałam prosto w twarz. Nie uciekła, nie powiedziała, że jestem głupia i nie zaczęła patrzeć ile i czy w ogóle jem. Co i tak było dla mnie już oczywiste - po co miałaby to robić, skoro zaznaczyłam wyraźnie, że już jest okej na tym polu? Zresztą, przecież gdy wcale okej nie było, a moi rodzice już wiedzieli, to i tak mieli to tak trochę gdzieś, więc dlaczego taka L. miałaby mnie pilnować? To, że jest rok starsza i w żartach nazywa mnie córką, a ja ją matką, o niczym nie świadczy. Ale zbaczam z tematu. Nauczyłam jej się ufać. I po prostu mówię. A jak się popłaczę, to mam do kogo zadzwonić. Ktoś mnie pocieszy albo da mi mentalnie w twarz i nagle nie muszę już sobie sama radzić. To jest dziwne. I szalenie cudowne. I jest ktoś, kto mi ciągle powtarza, że jestem szczupła i mam jeść te cholerne kanapki, a jak czasem zjem dwie i batona, i jogurt z owocami, to mnie nie opierdala, że mam przestać, 'bo JAK MOŻNA TYLE JEŚĆ (!!!)'. I to jest fajne. Potrzebowałam tego. Potrzebowałam
n o r m a l n e g o stosunku do jedzenia, a może właśnie wręcz tego odrobinę hedonistycznego. Nauczyłam się go dopiero w liceum, gdy znalazłam sobie znajomych bez zaburzeń wszelakich czy obsesji na punkcie kontroli wagi i kalorii. Odcięłam się od tego, co się dzieje u mnie w domu na tym polu. Może w wakacje będzie gorzej, zobaczymy, ale nie jestem już tak zdesperowana, jak w zeszłym roku. Bardziej siebie szanuję i wcale nie mam ochoty katować się dla pięciu kilogramów mniej. W ogóle to ostatnio ważyłam się prawie rok temu i jakoś nie ciągnie mnie do tego wcale. Na pewno ważę więcej niż 50 kg (zeszły rok, wakacje), ale co z tego? Czuję się lepiej. I naprawdę ktoś mi wreszcie to powiedział - że jestem szczupła i mam nie świrować (mimo że prawdopodobnie ważę 6-10 kg więcej niż trzy lata temu, gdy szalałam z głodówkami). I powiedział to tak normalnie, a nie z wyrzutem, wkurwieniem i pretensjami. Spontanicznie, może z lekką zazdrością. "Lizzy, weź, bo ty taka szczupła jesteś". Potrzebowałam tego. Dziękuję. Najbardziej mnie rozbroiło "Ona to tyle je, a taka chuda jest". Trochę się śmiałam, bo wcale nie jem dużo właśnie, ale zdecydowanie więcej niż w gimnazjum, to prawda. Ale dużo to nadal to nie jest, pewnie nie dobijam nawet do dwóch tysięcy kalorii, ale nie wiem, bo na szczęście ich nie liczę! To było dla mnie bardzo ważne - zwykła akceptacja mnie. A właściwie to przecież ludzi gówno obchodzi, czy moja dupa mieści się w rozmiar 34 czy w 44. Kiedyś zazdrościłam grubszym ode mnie dziewczynom, które siebie akceptowały. Dzisiaj mi wszystko jedno - jest lepiej we mnie. Warto siebie lubić.


2. Wykreśliłam ze swojego słownika zwrot "jak to szybko przeleciało", który jest tak bardzo nadużywany, że to aż męczące. Narzekanie. Jak to mój brat słusznie powiedział: " 'Przeleciało'! Gadanie... zawsze to samo. Wyjechałaś na tydzień - och, jak szybko zleciało! Wyjechałaś na miesiąc - och, jak przeleciało! Na rok? Trzy lata? To samo'. Bez sensu, nie? Dlatego też zamieniłam "jak to szybko przeleciało" tudzież "szkoda, że już się skończyło" na "cieszę się, że coś takiego przeżyłam". Bo przecież wcale nie chciałabym przeżywać tego drugi raz. Niczego. Ani najwspanialszych chwil, ani tych najgorszych. To samo pyszne ciasto jedzone sto razy w końcu się znudzi - a ja nie chcę się nudzić moim życiem.

Miałam najwspanialszą 18-nastkę. Na dwa tygodnie przed nią wariowałam, L. już chyba z ledwością ze mną wytrzymywała, była zmuszona nieustannie mi powtarzać, że będzie dobrze. I było. Nawet sto razy lepiej, mimo że drzazgą pod paznokieć okazała się nieobecność K. Nie zabolało jakoś bardzo - zapraszałam ją z przekonaniem, że i tak nie przyjdzie, bo to byłoby zbyt piękne przecież. Straciłam cierpliwość i nadzieję na tę relację, i nie mam ochoty na siłę ją podtrzymywać - niech się po raz trzeci rozejdzie, ale tym razem drogą pokojową. Odpuszczam to sobie i nie odejdę, nie zacznę jej robić wyrzutów - to się rozmyje samo, samo ucichnie, samo umrze śmiercią naturalną i w porządku. Muszę sobie (nam) na to pozwolić, bo inaczej zwariuję. Druga drzazga okazała się boleśniejsza i aż się popłakałam, ale może przemilczmy to, bo przecież to jest oczywiste, że ojciec nigdy się nie powstrzyma od swoich wspaniałych komentarzy, które niby takie niegroźne, a bolą jak cholera, zwłaszcza kiedy jestem bardzo zestresowana, zła lub smutna, a tu przecież schodził ze mnie trzydniowy stres. Przynajmniej miał mnie kto przytulić.

Już teraz wiem -
wszystko trwa, dopóki sam tego chcesz.
Wszystko trwa. Sam dobrze wiesz,
że upadamy wtedy, gdy nasze życie przestaje być
codziennym zdumieniem...


3. Po godzinie tyrady na temat ułomności mojej generacji dzwonek wybawił mnie od wysłuchiwania jej i uratował resztki cierpliwości. Dosłownie r e s z t k i, bo już zaczynałam dyskutować, a powinnam zacisnąć zęby, kiwać pokornie głową i ochoczo wystawiać się na kolejne słowa, smagające mnie niczym baty. Och, wiem, jakże to okropnie być nauczycielem i spędzać czas z tymi rozwydrzonymi nastolatkami, którym się wydaje, że wiedzą wszystko najlepiej. Istna katorga, którą dla urozmaicenia trzeba zakropić złośliwymi uwagami, a potem dziwić się, że nie spotyka się to z obojętnością. Dzisiejsi nastolatkowie przecież wyłącznie się cofają do mentalności jaskiniowców, uzbrojeni w najnowsze technologie. Nie mają nic ciekawego do powiedzenia i są beznadziejni. Tak, już to wszystko słyszeliśmy, pani profesor, wiemy.
Potem przyszła kolej na szaleńczy bieg do kwiaciarni i powrót do szkoły w pięć minut (przysięgam - kupienie tej głupiej róży było najmilszym elementem tamtego dnia). Później było gorzej.
Okazało się bowiem, że to wszystko nasza wina, to my jesteśmy takimi niewdzięcznymi, narzekającymi jędzami, a przecież same nic nie robiłyśmy cztery miesiące temu. Bo przecież to wcale nie było tak, że sama nam powiedziała, że mamy nic nie robić, że mamy się skupić na poprawce, a ona zrobi ten pieprzony projekt. Zrobiła i nikt nie narzekał na efekt końcowy. I teraz nagle, kurwa, wyrzuca nam to, że nie brałyśmy w tym udziału, totalnie z dupy, bo przecież nie o tym rozmawiałyśmy. Wyrzuca nam to, jakby zupełnie zapominając, że sama nam taki układ proponowała, zapominając również, że jeszcze wcześniej my dla niej zrobiłyśmy dokładnie to samo i nie miałyśmy do niej pretensji. Jest wielce oburzona naszymi uwagami, mimo że sama miesiąc temu mówiła, że pewne rzeczy zrobi, że nie ma problemu. Nagle się okazało, że jednak NIE DA SIĘ. Że ona gówno może i że właściwie to bez sensu. Super, tylko czemu miesiąc wcześniej twierdziła coś dokładnie odwrotnego? Fajnie. I to nie chodzi o to, że znowu nie wyszło, tylko o to, że mogłoby wyjść, gdybyśmy od początku wzięły się za to od innej strony, zrobiły inaczej znając te mniejsze możliwości. Ale nie. I ona się dziwi, że mamy jej to za złe. No ja pierdolę. Od początku wiedziała jedno obiecując drugie, po czym słowa nie dotrzymała i się dziwi, że czujemy się pokrzywdzone. Fajnie.
A tak naprawdę to wcale nie chodzi o ten głupi projekt, tylko przelaną czarę goryczy i moment, w którym wszystko poszło w pizdu, a ja zdałam sobie sprawę jak wielką egocentryczką jest osoba, która była przecież taka dla mnie ważna.

I od tamtej pory minął zaledwie tydzień, a już tak dużo rzeczy się pokomplikowało, wszyscy jesteśmy nerwowi i wybuchamy z byle powodu. Usuwam się w cień i nie odzywam, bo nie potrzebuję nowych konfliktów - wczorajszy moment był ostatnim, choć wiem, że powinnam być ostrzejsza. Hipokryzja U. nie jest normalna, zachowanie A. nie jest normalne. Może to moje nadinterpretacje, ale nie sądzę, bo L. podziela moją opinię. Wybiegłam z płaczem i kto za mną pobiegł? Na pewno nie A., która w ogóle nie zauważyła problemu. Chcę o tym zapomnieć, o tych słowach. Chcę umieć im wybaczyć te małe sytuacje, które razem nakładają się i narastają do konfliktów. Chcę im wybaczyć tę hipokryzję i brak empatii, ale nie umiem. Chcę nie zważać na to, że gdy ja pocieszam, trzymam nieraz język za zębami i próbuję pomóc - one mieszają mnie z błotem.

Chociaż nie. Tak naprawdę chcę, by czuły się tak jak ja; chcę, żeby przestały wykorzystywać moją wrażliwość i przestały z niej szydzić. Problem jednak w tym, że jestem właśnie zbyt wrażliwa, by wyrządzić im takie świństwo.

Spalę most między nami albo one zrzucą mnie z niego i utonę.
Pytanie, co nastąpi szybciej.