środa, 10 maja 2017

You look so messy when you dress up in dreams...

Tak naprawdę jesteśmy tylko poranionymi ludźmi ukrywającymi się pod pozorną pewnością siebie, z tym że ja myślałam, że to tylko moja taka jest, chociaż cały czas staram się ją naprawić i szczególnie ostatnio widzę, że jest o wiele lepiej. Jednak okazało się, że pewni siebie wcale tacy pewni nie są. Nie wiem dlaczego najbardziej wartościowych ludzi spotykają jakieś gówna, ale może to przez naszą wrażliwość?
Powiedz mi dlaczego chodziłbyś, gdybyś dowiedział, że potrafisz latać? Tak bardzo w siebie nie wierzysz, A.? I tak mi głupio było i czułam się jak idiotka, kiedy pytałam go, o co tak naprawdę chodzi, ale właściwie to dobrze, że zapytałam. Tylko dlaczego ma tak skopaną samoocenę i dlaczego mi z tego powodu tak przykro? Dlaczego znowu przywiązuję się do kogoś, kto i tak będzie miał mnie w dupie? Ale wiadomo - ja po prostu automatycznie przylegam do drobnych gestów i słów, przywieram do okruchów nawet nie czułość - zrozumienia i akceptacji. To mnie gubi. I dlatego tak pragnę towarzystwa K. Bo kurwa lgnę do tych okruchów, które rozdaje wszystkim, do tych rozrzucanych przez A. zresztą też, oni po prostu tacy są. Z tym, że A. spędza zbyt dużo czasu na tłumaczeniu się, jak zresztą większość z nas, a K. nie jest tak wybrakowany. Jest o wiele bardziej otwarty, a ta otwartość płynie z jego pewności siebie i właśnie to ich różni, właśnie to sprawiło, że po prostu ja za bardzo przywiązałam się do kilku słów rzuconych półtora roku temu przez K., kiedy tak rozpaczliwie potrzebowałam i stroniłam jednocześnie od kontaktów z ludźmi. A on się przedarł przez tę barierę, bo po prostu taki jest - bardzo kontaktowy. Rozpuścił mój lód, wszystko zaczęło topnieć, a ja się przywiązałam. P r z y w i ą z a ł a m
s i ę. I teraz to boli. Bo już jest inaczej.

Ale może to i lepiej.

Widzę, jak bardzo się zmieniłam i muszę się za to pochwalić, bo nikt inny tego nie zrobi. To, że w ogóle poszłam do A. i dowiedziałam się na czym stoję. To, że trochę wcześniej powiedziałam o przeszłości, wyjęłam swoje brudy na wierzch przed L., choć przecież nie musiałam, mogłam dalej tkwić w niewygodnym obchodzeniu naokoło tego tematu. Zdystansowałam się do przeszłości. Już się tak nie boję życia i własnego zdania. Mówię, kiedy mi się coś nie podoba i choć często są to błahostki, to w mojej głowie urastają na wielkie katastrofy, dlatego wcześniej milczałam. Bo się bałam odezwać. Niemal siłą się teraz z tego wyrywam i przychodzi mi to z coraz większą łatwością.

Nadal boję się  bliskości, ale tak bardzo jej potrzebuję, tak tkwię w tym niezaspokojonym głodzie, że ostatecznie rzucam się na głęboką wodę, zamykam oczy i po prostu skaczę w przepaść, ślepo wierząc że ktoś mnie złapie. Może pewnego dnia się roztrzaskam, ale trudno. Strach przed taką ewentualnością tak mnie blokował, że nie robiłam nic, zamykałam się, gniłam, aż w końcu sama dla siebie stałam się wrogiem. Doszłam do wniosku, że już wolę być raniona przez innych ludzi niż przez siebie samą. W ten sposób przynajmniej nauczę się szanować siebie. Traktować jak człowieka. A to czasem sprawia mi trudności. Ale wszystko jest do wypracowania. Niektóre rzeczy zabierają od cholery czasu, ale chrzanię małe kroki - rzucam się z urwiska, bo oto pierwszy raz w życiu mam na to odwagę.

Ponieważ żałuje się jedynie wahania.