niedziela, 9 lipca 2017

No more dreaming like a girl so in love with the wrong world...

Daję za dużo "drugich" (trzecich, setnych, tysięcznych...) szans. Liczę na zmiany, ale ludzie są jacyś tacy niereformowalni. Czy umiem wybaczyć te słowa, które padły dwa tygodnie temu? Nie, nie umiem. Nigdy nie wybaczę, ja nie umiem wybaczać nikomu niczego. Mogę rzucić w niepamięć, udawać, że jest w porządku, a potem faktycznie tak się czuć. Ale nie zapominam, wszystko dalej boli, z tym że im dalej, tym bardziej się to zaciera. Szybko się przyzwyczajam do nowych dziur w sercu. Bo przecież ja to spoko, mną się nie przejmuj, ja to dam radę, jest okej. Z a w s z e. A wewnątrz rollercoaster. Nie odezwałam się do Ciebie jeszcze, bo to nadal boli. Słyszę Twoje pukanie do moich zamkniętych drzwi, ale wybacz, zgubiłam gdzieś klucz. A może po prostu mam go w kieszeni i udaję, że o nim zapomniałam. Nie wiem. Ja nie umiem wybaczać i ciężko się ze mną przyjaźnić, wiem.
Chyba się znowu zamknęłam w sobie.

Pani Psycholog grzecznie mi powiedziała, że mam osobowość sangwiniczno-melancholijną, a ja - jakby na dowód - popłakałam się i to dwa razy w ciągu półtorej godziny. Przy obcej kobiecie. Brawo. Próbowałam to jakoś zrozumieć, bo jak można być taką skrajnością, przecież to za cholerę do siebie nie pasuje, ale z drugiej strony... to by tłumaczyło, dlaczego etykietka introwertyka opisuje mnie tylko w 60 procentach, dlaczego umiem płynnie przechodzić z euforii w depresję i z depresji w euforię. Dlaczego raz jestem gadatliwa i emocjonuję się rzeczami aż za bardzo, a po chwili nie odzywam się, zamyślam i błądzę w chmurach. Dlaczego z jednej strony umiem motywować do działania, a z drugiej jestem beznadziejnym przywódcą. Podobno idealnym zawodem dla mnie byłaby profesja psychoterapeuty. Że niby umiem słuchać i łatwo mi zaufać. Jasne. Już to widzę.
Zawsze traktuję te wszystkie testy z przymrużeniem oka, ale jednak określenie mojego typu osobowości pozwoliło mi zrozumieć moje nieraz dziwne zachowania czy skrajne emocje... co jednak wcale nie ułatwiło radzenia sobie z nimi. Ale jakoś musiałam sobie poradzić. Zrównoważyć się. Wypośrodkować. Chyba się udało.


Ostatni miesiąc był dla mnie bardzo ciężki i chyba jeszcze nie osiągnęłam tak potrzebnej mi równowagi. Niestety dalej mam problem z jedzeniem i nie mam za bardzo siły z tym walczyć, ale wieczne uczucie osłabienia przypomina mi, że sorry, ale sześciogodzinne przerwy między posiłkami albo jedzenie w granicach 1200 kalorii to nienajlepszy pomysł. Sytuacja jest dla mnie bardzo ciężka, jako że w domu nadal panuje przekonanie, że wszelkie tłuszcze to zło wcielone, coś takiego jak "jeść za mało" nie istnieje ("nikomu jeszcze nic się nie stało od tego, że czegoś nie zjadł" - powiedział ojciec do córki, która w gimnazjum miała zaburzenia odżywiania i się głodziła. Dzięki!), a jedzenie czegokolwiek z kategorii niezdrowego musi zostać głośno skomentowane, oprawione w ramkę i w ogóle jeśli nie przebiegło się właśnie 100 kilometrów i nie spaliło pięciu tysięcy kalorii to nawet nie myśli się o tej kostce czekolady, bo jeszcze się przytyje dwa gramy i kuźwa cały świat od tego pójdzie w pizdu, wybuchnie czy coś.  
Z tym akurat nie radzę sobie w c a l e.
Myślałam, że udało mi się do tego zdystansować. Trzy lata to jednak całkiem sporo, ale najwyraźniej jeszcze do tego nie doszłam. Zapędziłam się natomiast w pułapkę - jadłam niezdrowo (jako bunt do tego, co mam w domu i do tego, że wcześniej nie byłam w stanie zjeść niczego słodkiego bez wyrzutów sumienia), przestałam ćwiczyć (bo wcześniej ćwiczyłam za dużo) i próbowałam zaakceptować całą sytuację, zdystansować się i w końcu pokochać swoje ciało. Skończyło się na tym, że od zeszłych wakacji nie ćwiczyłam prawie wcale i... dalej mało jadłam, ale dla odmiany zapychałam się śmieciami. Bo próbowałam być "normalna", a przecież "normalni ludzie" nie przejmują się, jak czasem zjedzą burgera czy coś. Potem jednak sobie przypomniałam, że normalni ludzie nie istnieją, a ja dalej jem za mało.
Do zeszłego tygodnia naprawdę byłam święcie przekonana, że wszystko jest w porządku. Nie było, bo jak spróbowałam jeść więcej, to mimo że przestało mi być ciągle słabo (wcześniej brałam to uczucie za coś normalnego, serio, totalnie sobie nie zdawałam sprawy z tego, że uczucie osłabienie bierze się z tego, że za mało jem, bo głodu nie odczuwałam, nie burczało mi w brzuchu ani nic, a od rodziców ciągle słyszałam, że to normalne i nie muszę jeść więcej - teraz wiem, że to nieprawda), to pojawiła się panika. Tak, panika to idealne słowo, bo o dziwo to nie były wyrzuty sumienia. Nie czułam się źle psychicznie z tym, że jem, natomiast moja psychika wariowała, że ktoś (rodzice) mnie na tym nakryje, powie, że mam nie jeść, jeść mniej, że jestem gruba, cokolwiek. Ja wiem, że to jest absurd, ale nie umiem tego zatrzymać. Nawet byłoby prościej, gdybym coś takiego faktycznie usłyszała (w rzeczywistości nic takiego nigdy nie miało i nie będzie miało miejsca) - zapewne bym się popłakała, a potem robiła swoje z większą determinacją, na przekór. A tak, to wytrzymałam trzy dni, a potem wyjechałam na tydzień i teraz, jak wróciłam, znów nie umiem jeść więcej. Zwłaszcza po słowach L., które wciąż bolą tak samo, a aktualnie znowu walczę z tym sama, bo nie mam wsparcia w nikim. Nie umiem sobie tego poukładać i jest mi ciężko. Wiem, że prosisz, by nie odpisywać, ale o tych sprawach nie mówię nikomu. Być może jestem nieco nadwrażliwa.

Zdecydowanie jednak spokój udaje mi się osiągnąć dzięki ćwiczeniu jogi. Zaczęłam niespełna dwa tygodnie temu, a już po tygodniu widziałam pierwsze efekty, jeśli chodzi o samopoczucie, i choć przez ten czas aż cztery razy płakałam, to jednak później za każdym razem udawało mi się wyciszyć właśnie dzięki jodze. Oprócz tego robię mnóstwo ćwiczeń rozciągających, bo to też działa na mnie relaksująco, a po drugie chcę zrobić w końcu szpagat. 

Jakoś żyję. Są momenty tak tragiczne, że tylko leżę na podłodze i płaczę, ale są też te cudowne, kiedy nie mogę przestać się śmiać. Jest różnie, ale przecież bez wahań nastrojów nie byłabym sobą.




Don't stop, you got to move
Keep movin' on, movin' on
I'm never gonna stop
I'm gonna follow the sun